Browsed by
Month: July 2013

Edinburgh – zwiedzanie miasta: zamek, Royal Mile, Waverley Station, Calton Hill + muzea

Edinburgh – zwiedzanie miasta: zamek, Royal Mile, Waverley Station, Calton Hill + muzea

 
Balmoral Hotel

– czyli taki, na który nigdy nie będzie mnie stać


 
 

 

 

Potem mała przechadzka popołudniowa, w stronę cmentarza, od Regent Road- niech Was te różowe kwiatki nie zmylą!
 
 
Calton Hill, niestety trafiłam wówczas na kiepską pogodę – ogólnie podobno całkiem dobrze się tam pije piwo.  
 

 

EDINBURGH CASTLE

 

Widok z zamku w Edynburgu

 

 

Przygotowania do sierpniowego festiwalu widziane z zamku (w tle Arthur’s Seat)

 

 

 

 

 

 

 
Zaczynamy zatem trasę po zamku.
 
 


Oczywiście obowiązkowo musi być też armatka. W końcu taka wystrzałowa ze mnie dziewczyna.


 
Ot i parę obrazków z muzeum, jako dowód, że kiedyś pracowało się ciężej, aniżeli dzisiaj!
Bardzo podoba mi się mina tego pana, przypomina nieco Tomasza Kammela, don’t you think? I po co komu było solarium, pytam?
 


Ja nie rozumiem skąd w pracowni kowala wziął się Piotr Fronczewski jako Pan Kleks?



To coś z lewej jest już prawdziwe, po prostu zepsuło mi kompozycję. Po lewej standardowa polska szpitalna lewatywa.


 
Maria, królowa Szkotów. Nie dziwię się, że tyle awantur o nią, taka była brzydka…
 


Dziedziniec zamku:
 
 
 Muzeum Armii (naprawdę dobrze przygotowana wystawa):



 This way – czyli w lewą stronę od dmuchania.


 
Ten pan naprawdę mi się nie podobał, ale uznałam, że jednak ma ciekawą do przytoczenia facjatę. Trochę jak pomieszanie Alana Rickmana z King Kongiem.
Dzielę się zatem:
 
 
Hmmmm, jak na kobietę, dość dużo czasu spędziłam w tym muzeum, raczej skierowanym do mężczyzn. Widok panów w takich strojach, mimo iż byli na obrazku, jest jednak dosyć przyjemny.Natomiast odbiór nieco płaski.



Panowie ci mieli też sporo medali, więc ich żony były z nich pewnie dumne. Miały też pewnie po nich spore renty.


 Dom bardzo ważnego człowieka.


 A oto i wielka dmuchawa za szkłem, szkło jak wiemy, również bywa dmuchane.



Zachęcam do zapoznania się z odrobiną martyrologii:



 
Wyszłam z zamku i udałam się na dalszy spacer w słoneczny dzień. Jak zwykle zdjęcie hotelu, na który mnie nie stać.
 
Balmoral Hotel, Princess St
Na to już by prędzej mnie było stać, nawet mi się bardziej podoba:
 
To już w ogóle jest przeurocze:

 

Cowgate – na tej ulicy właśnie miałam hostel:) Jakby ktoś nie wiedział – nazwa pochodzi od “krowy”.
Cowgate w dzień jest niepozorna i strasznie lewostronna. W nocy jest niesamowicie: głośna, zasikana i wesoła.


Poniżej:

Our Dynamic Earth – a w tle Arthur’s Seat.

Our Dynamic Earth
Holyrood Palace – tutaj właśnie rezyduje sobie królowa Elżbieta II, kiedy ma ochotę przyjechać do Edynburga:

Arthur’s Seat, niestety pogoda nie dopisała
Calton Hill, widok od Regent Road  
 
 
The Burns Monument, Regent Road
 
 
The Burns Monument, Regent Road 
 
 
Ale że drabina Jakubowa?
 
 
Prywatna szkoła na sprzedaż – ktoś zainteresowany?:)
 
 
 
 
Budynek parlamentu. Jak powiedział mi pewien zacny kierowca z Glasgow, kiedy wracałam z Oxfordu w październiku, w 2014 Szkocja będzie już niepodległa i tego wszyscy są pewni. Skoro tak – trzymamy kciuki!
 
Mercat Cross, Canongate

Maryja – patronka ekshibicjonistów?
 
Royal Mile – to główna ulica turystyczna w Edynburgu. 
 
 
Royal Mile – nie, to nie klub gejowski. To studnia uliczna.
Royal Mile – pan w białych podkolanówkach stoi na beczce. Bez sensu.
 

 

 

 
Wieczorny, samotny spacerek dnia trzeciego, Grassmarket:
 
 
 
 
Króliczek pod zamkiem!
Które miasto ma króliczki pod zamkiem?
Kto z Was ma króliczka pod zamkiem? Na pewno nie takiego:

Udało mi się nawet nagrać na video
Grassmarket wieczorem, pięknie.
Dzień piąty, obowiązkowa wycieczka na cmentarz. Kasia lubi cmentarze, szczególnie gdy wyglądają tak jak tutaj i są na nich celtyckie krzyże i nie ma brzydkich zniczy z wymiennymi wkładami.

CANONGATE KIRK

 
 

CLARINDA’S TEA HOUSE

Love scones!

To sute śniadanie przed ostatnim całym dniem na Edynburg. Miałam przed sobą jeszcze dwie wycieczki, ale Edynburg to było nie lada wyzwanie. Kocham Clarinda’s Tea House! Za te serwetki i pyszne scones. Uzależniłam się od nich.

Na chwilę przysiedli się do mnie dwaj bardzo mili starsi Szkoci. Porozmawialiśmy sobie o Polsce, relacjach polsko – szkockich i ogólnie o życiu:) Uwielbiam takie spotkania. Udało mi się jednego uchwycić na pamiątkę.

Piękny wystrój i przepyszne ciasta – dzięki temu można tutaj spędzić pół dnia przy kawce. Dobre śniadanie za 5GBP.

 

 

OK. Teraz nadrabiamy muzea proszę Państwa. A w planie darmowe zwiedzanie:



PEOPLE’S STORY MUSEUM – niepozorne muzeum na Royal Mile. Już od wejścia witają nas przemili pracownicy. Wystawy dotyczą życia codziennego mieszkańców Edynburga – od średniowiecza po współczesność. Bardzo przekonująco, interaktywnie, obrazowo, prosto i edukacyjnie. Polecam!









 







MUZEUM NARODOWE SZKOCJI – chyba najpiękniejsze muzeum jakie widziałam. Spędziłam w nim wiele godzin i do tej pory mam wrażenie, że jeszcze niewiele zobaczyłam. Jest tu wszystko, czego dusza zapragnie: wystawa przyrodnicza, o technologii, etnograficzna (szczególnie dla mnie ważna i piękna), archeologiczna… Gratka zarówno dla dorosłych jak i dzieci, a może przede wszystkim dzieci. Cudowna kawiarnia, w której można zjeść świeżutke scones i napić się dobrej kawy po całym dniu zwiedzania – również przyciąga do tego miejsca. W sklepie muzealnym można nabyć pamiątki związane zarówno z wystawami stałymi jak i czasowymi. Jednym słowem: minimum dzień na to, by poczuć się znów jak dzieciak odkrywający świat i podążający za swoją wyobraźnią.



 


 




 



Hmmmm, Hannibal? 🙂


 






MUSEUM OF CHILDHOOD – miejsce, które zrobiło na mnie super pozytywne wrażenie. Sama idea stworzenia Muzeum Dzieciństwa wskazuje jak wspaniały musiał być to człowiek, który poświęcił całe swoje życie na kolekcjonowanie takich pamiątek. Najbardziej podobała mi się wystawa lalek – cokolwiek strasznych, czego dowód znajduje się na zdjęciach.


 


 



Nad tym eksponatem zatrzymałam się na chwilę. Bo wzruszający, bo smutny. Lalka zrobiona została z buta – zrobiło ją biedne dziecko gdzieś chyba na początku XX wieku (o ile dobrze pamiętam). Nie miało się czym bawić, ale miało na tyle wyobraźni, żeby stworzyć sobie coś tak pięknego, a jednocześnie niezmiernie smutnego.
 
 



 Obrzydliwe manekiny:



Jest i zacna wystawa lalek. Ubóstwiam, ze względu na jej upiorność – dzieci je kochają, dorośli się boją: paradoks życia.






W ten sposób czas zakończyć zwiedzanie muzeów Edynburga. Darmowych, wspaniale przygotowanych – przez ludzi z pasją. Aż chciałoby się w jednym z nich pracować. Bogatsza o wiedzę i nowe doświadczenia, szykowałam się na kolejną wyprawę w Highlands i Scottish Borders…

Dzień 5. Rosslyn Chapel, Melrose Abbey & Scottish Borders z Rabbie’s:

Dzień 5. Rosslyn Chapel, Melrose Abbey & Scottish Borders z Rabbie’s:

Przepis na udany dzień?

Wyjazd z tą firmą: http://www.rabbies.com/
Mają ogromną ofertę, ale dla mnie najciekawszym uzupełnieniem było “Rosslyn Chapel & Borders”
Cała lista dostępnych wojaży znajduje się tutaj: http://www.rabbies.com/edinburgh_tour_departures.asp

Przyjeżdżając do Melrose Abbey mamy możliwość wyboru sposobu zwiedzania – jeżeli chcemy tylko przechadzać się luźno po ruinach, nie ma najmniejszego problemu. Jeżeli chcemy natomiast doświadczyć i dowiedzieć się czegoś więcej, najlepiej wypożyczyć audio guide. Jest świetnie skonstruowany – zakładamy słuchawki, włączamy “play” i w sekundę przenosimy się do świata cystersów za pomocą mnisich śpiewów oraz kojącego głosu lektora, który wprowadza nas po kolei w atmosferę i historię opactwa. Świetny to sposób na zwiedzanie, ponieważ lektor kieruje nas w odpowiednie miejsca opactwa i jeśli chcemy dowiedzieć się o nich więcej – wciskamy odpowiedni przycisk. Jeśli jesteśmy powoli znudzeni, możemy omijać te miejsca i przyspieszyć zwiedzanie.

Gwarantuję Wam jednak, że tego nie zrobicie. Ja wciskałam “play” za każdym razem, dopóki nie skończyła się nam przerwa w Melrose, właśnie wtedy przekonałam się, że zmarnowałam swoją szansę na zjedzenie obiadu w mieście. Och, gdyby tylko człowiek miał więcej czasu na zwiedzanie takich magicznych miejsc.

Wycieczkę do Melrose Abbey, kaplicy w Rosslyn oraz po granicy szkocko – angielskiej (Scottish Borders), udało mi się odbyć z firmą Rabbie’s (jeśli macie ochotę, biuro firmy znajduje się mniej więcej w połowie Royal Mile w Edynburgu). To bardzo dobry sposób na objechanie Edynburga z drugiej strony, zobaczenie paru historycznych miejsc – szczególna gratka dla tych, którym podobał się “Kod Leonarda da Vinci” – w kaplicy Rosslyn kręcono bowiem część filmu.
Trochę więcej o Scottish Borders (szczególnie jeśli wybieracie się na szerszą eksplorację) można znaleźć tutaj: http://www.undiscoveredscotland.co.uk/areabord/index.html 
A oto i opactwo Melrose widziane moimi oczami:


Jedziemy dalej busem, podążając do Rosslyn Chapel, a tu pani na koniu.

To jedna z atrakcji tego dnia. Finalnie dotarliśmy do Kaplicy w Rosslyn. Tutaj można dowiedzieć się o kaplicy nieco więcej:

Zwiedzanie kaplicy pozostawia duże wrażenie. Szczególnie, kiedy wie się już nieco więcej o jej historii oraz symbolice i szczególnie kiedy ma się świadomość związków tego miejsca z zakonem Templariuszy. Obecnie miejsce podratowano, głównie dzięki środkom, jakie uzyskano kiedy kaplica zdobyła sławę dzięki filmowi “Kod Da Vinci” – turystyka odcisnęła tu swoje piętno. Jest bardzo dobrze przygotowana ekspozycja dot. historii kaplicy, można kupić wiele pamiątek i ciekawych materiałów. Przygotowano ulotki w wielu językach – nawet języku polskim. Merytorycznie nie ma się do czego przyczepić. Można poczekać na darmowego przewodnika, który stojąc na środku  kaplicy opowiada o jej poszczególnych elementach. Ja siedziałam z czarnym kotem, który niestety za nic nie zechciał ustąpić mi miejsca, musiałam więc pokajać się i ustąpić jemu. O ja, szary, niewdzięczny człowieczek…

Niestety, nie uświadczycie moich zdjęć, ponieważ fotografowanie w środku było zabronione. Wklejam to, co jest dostępne w internecie. Nieco szczegółów z wnętrza oraz otoczenia pięknej kaplicy.

Kaplica w trakcie konserwacji

 Niesamowite sklepienie, pełne symboliki roślinnej oraz religijnej. 

Mój ulubiony motyw Green Mana, który nieustannie mnie przeraża
(proszę sobie poczytać publikacje dr Bożeny Gierek – uczęszczałam w trakcie studiów na jej wykład o Celtach na PSC UJ: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/162716/religie-celtow)

Mnóstwo jest w Rosslyn Chapel przedstawień Green Mana. To cudowne jak mitologia pogańska miesza się z chrześcijaństwem.

No i w końcu, aby brzydoty stało się zadość – na koniec opowieści o Rosslyn Chapel, gargulec:)

Jedziemy zatem dalej – objeżdżamy Scottish Borders (tym razem będą już zdjęcia z moich zbiorów). Kraina sir Walter’a Scott’a – miejsce jego inspiracji. Kraina, gdzie William Wallace był czczony jak bóg. Miejsce, które z największego poetyckiego tumana zrobi wieszcza narodowego – poezja przy takich widokach sama ciśnie się na usta.

Mój filmik:

Proszę Państwa, najważniejsze miejsca w tym wypadku to: punkt widokowy Scott’s View oraz William Wallace Statue. Jest to najpaskudniejszy pomnik jaki w życiu widziałam. Statua wykonana z czerwonego piaskowca, wzniesiona w 1814r. Stąd (blisko Melrose i szkocko – angielskiej granicy), William Wallace (sławetny Braveheart), patrzy sobie na rzekę Tweed. Pomnik przeszedł renowację w 1991 roku, natomiast dalej jest brzydki.

O wiele bardziej podobają mi się małe pomniki w kształcie urn, tuż pod pomnikiem Wallace’a.

Inskrypcja na urnie:

Sacred to the memory of Wallace
The peerless Knight of Ellerslie [sic]Who wav’d on Ayr’s Romantic shore
The beamy torch of Liberty
And roaming round from Sea to Sea
From Glade obscure of gloomy Rock
His bold companions call’d to free
The Realm from Edward’s Iron Yoke

 Stąd można zobaczyć dolinę, gdzie spokojnie płynie sobie rzeka Tweed. Wzgórze na zdjęciach to Eildon Hill.

 

To już koniec opowieści o pięknych Scottish Borders. Na pewno wrócę tutaj jeszcze kiedyś. Niezapomniany Scott’s View pozostaje na długo w pamięci i jest przyczyną wielu męczących tęsknot, które kiedyś trzeba będzie zaspokoić…
Podobno pomagają w znalezieniu noclegu, może faktycznie kiedyś warto?

Na koniec jeszcze kilka fot zrobionych “po drodze”, piękne szkockie niebo…

Day 2 – Loch Ness Tour

Day 2 – Loch Ness Tour

DZIEŃ 2. 

Wyprawa nad jezioro Loch Ness ze Scotline Tours.

 
Krótka instrukcja – zamawiamy tutaj:

Co to był za dzień! Wyczekiwany, upragniony dzień spotkania z potworem z Loch Ness.
Oczekiwania:

Jedziemy zatem, wsiadamy do super komfortowego busa, poznajemy nieco wiekowego, ale bardzo eleganckiego przewodnika z najmocniejszym szkockim akcentem jaki w życiu słyszałam. Jakaż to frajda – po drodze tyle zdjęć, nagrywanie jego akcentu i oczekiwanie na spotkanie z potworem! Po drodze widoki zapierające dech w piersiach, dosłownie!

Widoki z busa:
Tego dnia właśnie stworzyłam swoje ulubione powiedzenie, oznaczające, że jestem szczęśliwa:

“Są owce, jest dobrze”.

Kolejny przykład wyspiarskiej architektury, domy z piaskowca – sand stone.

Naprawdę, zwykłe krowy i byki są teraz nudne dla mnie. Oto Hamish:
A tutaj udało mi się zarejestrować małą potyczkę na rogi:

video

Trossachs National Park – przerwa na kupno pamiątek i kawę.

Wyruszamy, a tam niedaleko taki oto widok:
Po drodze zatrzymaliśmy się w jakiejś wsi, gdzie mieliśmy znów przystanek na kawę (uwaga – ta wycieczka nie ma zbyt wielu przystanków, a trwa 13h – polecam korzystać z WC na każdym przystanku:)). Miałam ze sobą dwie karty do bankomatu – jedną kredytową, drugą pre paid – oczywiście chciałam coś kupić za pomocą pre paid, bankomat zepsuł się, nie wypluwając mi już karty. Po chwili paniki i bardzo uprzejmej pomocy pana przewodnika, stwierdziłam, że i tak nikt mi tu nic nie ukradnie i zablokuję kartę na Ipadzie, łapiąc wi-fi  w pierwszej lepszej knajpie podczas przystanku powrotnego.

Zmierzaliśmy zatem nad Loch Ness…

Glen Coe
To jest właśnie ten widok, który zaparł mi dech w piersiach i spowodował, że naprawdę mogłabym tam wracać non stop, jeśli nie nawet mieszkać. Cisza, spokój, natura, jest w tym coś epickiego…
Przystanek na photoshoot:)
Pan sobie stoi cały dzień (oczywiście z małymi przerwami na nie – dmuchanie).
Wokół pełno Azjatów…

ręka Azjatki…

Czy te góry nie wyglądają jak śpiące olbrzymy, które tylko czekać aż się przebudzą i wstaną przechadzać się po okolicznych wsiach?

Uwaga uwaga! Dotarliśmy nad Loch Ness!
Jest pięknie!

Jednak żeby doświadczyć rejsu łodzią, należy dołożyć kolejne 17 GBP. Oczywiście dołożyłam, bo nie dałoby mi spokoju, gdybym z tego zrezygnowała. Sam rejs już nie jest tak epicki – zabawę się ma raczej z wypatrywania Nessie.

Ruiny Urqhuart Castle
Cała wyprawa ze Scotline Tours trwała 13h. Wielkim plusem jest to, że wracaliśmy całkiem inną trasą. Udało się zahaczyć m.in. o Perth, Inverness, Fort William – chyba perełki, które każdy musi zobaczyć będąc w Szkocji. Czuję się wielce uprzywilejowana, że mogłam odwiedzić te miejsca i zobaczyć je choćby z okna autobusu. Jechałam z Polakami, którzy non stop narzekali – a to, że “zamek za mały, wycieczka za droga”. Na koniec wycieczki zapytana przez jednego z nich czy “też uważam, że można było inaczej”, stwierdziłam “proszę pana, to był najpiękniejszy dzień w moim życiu”. Więcej się nie odezwał, bo chyba nie miał po co.

Następnym razem jadę do: Aberdeen, Inverness i Oban.

Tak to wygląda na mapie:

Dzień 1 – początek i plan opowieści, zwiedzanie Edynburga

Dzień 1 – początek i plan opowieści, zwiedzanie Edynburga

No i zaczęło się. Spełnianie największego jak do tej pory marzenia i pierwsza (a na pewno nie ostatnia) wyprawa do Szkocji. Szukanie męża, przyjaznych ludzi i wesołych owiec. Ostatecznie skończyło się na ludziach i owcach (potencjalnego “przyszłego” męża nie skrzywdzę zaliczając do jednego lub drugiego), ale i tak było pięknie, wesoło, jak na Szkocję słonecznie i bardzo, ale to bardzo intensywnie.

W skrócie moje wyobrażenia o Szkocji sprzed wyjazdu przedstawiają się tak:

No, może trochę więcej owiec
ale na pewno nie whisky, ani haggis (potrawa z owczych żołądków) – fuj!

Edynburg z kolei miał być taki – i uwaga uwaga! taki się właśnie okazał:

Do rzeczy jednak. Marzyłam o takim wypadzie od dzieciństwa, a że nikt nie miał planu wybrać się ze mną – wybrałam się sama. Staranne planowanie tygodniowego urlopu przyniosło nieoczekiwane skutki – udało mi się zwiedzić wszystko to, co planowałam, a nawet więcej.

Tydzień w Szkocji pełen był: niesamowitych wrażeń odkrywania pięknego Edynburga, pełen przyrody (wycieczka nad Loch Ness, Highlands, Scottish Borders), muzyki (byłam na koncercie i tańcach ceilidh), odkrywania szkockiej historii (godziny spędzone w muzeach). A na końcu spacer na Arthur’s Seat i do Portobello Beach, gdzie mogłam w spokoju posłuchać krążących nad miastem mew.

Plan był taki: 7 dni, 4 dni w Edynburgu w całości – na pozostałe dni miasto jako baza wypadowa i trzy całodniowe wycieczki. Podsumowując: dość fajnie i ciekawie mi to wyszło, dlatego stwierdziłam, że podzielę się swoimi wrażeniami i tym jak sobie wszystko wymyśliłam. Mam nadzieję, że ktoś zaczerpnie z mojej małej wycieczki inspirację. Oto i plan:

Dzień 1. Edynburg – zwiedzanie miasta

* Sandemand’s New Europe free walking tour o 11:00: http://www.newedinburghtours.com/daily-tours/new-edinburgh-free-tour.html
dałam 4 funty:)

 – 40 funtów za wycieczkę + 17 funtów za wstęp na Urqhuart Castle i rejs promem po Loch Ness

Dzień 3. Edynburg

* muzea: Narodowe Muzeum Szkocji, Muzeum Dzieciństwa, People’s Story Museum 

 – wycieczka za napiwek, ok. 25 funtów

Dzień 5. Rosslyn Chapel, Melrose Abbey & Scottish Borders z Rabbie’s:
http://www.rabbies.com/tours_scotland_edinburgh/rosslyn_chapel_scottish_borders_1_day_tour.asp?lng=en
– 35 funtów
Dzień 6. Edynburg, spacer na Arthur’s Seat i Portobello Beach
Dzień 7. Zakupy:) Powrót…

 ————————————

DZIEŃ 1. 

Przyleciałam do Edynburga w nocy, wylądowaliśmy ok 00:30 (leciałam Ryanairem – nie lubię i czekam kiedy obsługa się poprawi). Z lotniska w Edynburgu co kilkanaście minut odjeżdża Airlink Bus (3,5 funta za przejazd na Waverley Station do samo centrum miasta): http://lothianbuses.com/services/airlink.

Po pół godzinie spokojnej jazdy, wysiadłam na ulicy, którą znałam już wcześniej na pamięć z Google Street View – przygotowałam się idealnie, bo: po 1. jechałam sama, po 2. miałam malutką walizeczkę (ale jednak było co taszczyć, więc musiałam wcześniej wiedzieć jaka trasa piesza mnie czeka). I od razu zaskoczenie – mimo swojego mroku nocnego, Edynburg okazał się bardzo przyjazny i żywotny nawet w środku tygodnia (wtorek w nocy). Spacerkiem, zachwycona, udałam się nocą do mojego hostelu.

Poszłam spać o 3:00 – efekt wszystkich skumulowanych wrażeń z tego dnia: pierwszy raz w życiu leciałam samolotem (trauma:)), pierwszy raz odprawa na lotnisku (czemu cały czas czułam się jak terrorystka?:)), pierwsza samotna wyprawa do obcego, dalekiego kraju:) Ależ wspaniale!


Ten widok poniżej to słoneczko, które po mglistym poranku pierwszego dnia, wyszły specjalnie dla mnie, abym mogła zrobić to zdjęcie i tak właśnie zapamiętać Edynburg.

Zacznijmy zatem od początku. Zarezerwowałam nocleg w Euro Hostel Edinburgh Halls: http://www.euro-hostels.co.uk/edinburgh. Udało mi się w tym terminie (11-18 czerwca) zarezerwować za ok. 20 funtów pokój jednoosobowy. Rezerwowałam przez Venere.com, natomiast wcześniej potwierdzałam rezerwację mailowo. Hostel ma fenomenalną lokalizację! Parę minut od ulicy, na której się dzieje wszystko – Royal Mile. Bezpieczne miejsce, ogólnie jest to akademik dla studentów w ciągu roku akademickiego – w sezonie letnim zmienia się na hostel. Ogarnięta recepcja, przyjemny check – in, prywatność. Natomiast jedna rzecz była nieprzyjemna – taszczenie walizki na piąte piętro oraz niesamowicie skrzypiące drzwi na korytarzach. Ktokolwiek nie przechodził, skrzypiało jak cholera. Plusem jest duża kuchnia, w której nie siedział kompletnie nikt, więc można sobie spokojnie przygotować prowiant na cały dzień i posiedzieć z komputerem. Kolejny plus to darmowy internet – bierzemy tylko hasło na recepcji i działa bez zarzutu.

Jak się okazało również, pod moim oknem znajdował się najbardziej ruchliwy pub w Edynburgu: The Three Sisters: http://www.thethreesistersbar.co.uk/. Moja konkluzja jest taka: następnym razem przyjeżdżam na “pubbing” ze znajomymi:) Zrobiłam tylko jeden błąd – zamiast chodzić tam na śniadania i na poranną kawę, zagniewana za nocne wrzaski chyba – szwendałam się daleko daleko, by znaleźć śniadanie za 5 funtow – niepotrzebnie.

Co do pubów – samemu się kiepsko po nich chodzi jeśli się jest single woman, ale następnym razem zabieram znajomych na knajpy, a tych jest w Edynburgu naprawdę dużo. Niesamowicie spodobały mi się witryny w pubach – każdy ma swój osobliwy klimat i widać z ulicy co się dzieje w środku. Zadziwia natomiast prohibicja – w jednych pubach już od 23-ciej, w innych od 1:00 w nocy. Właśnie gdy rozkręcała się impreza, właściciele wypraszali gości –  w Polsce chyba by to nie przeszło.

Zapraszam zatem do wędrówki po magicznym miejscu – Royal Mile!

A oto proszę Państwa zachmurzony Edynburg – niesamowity klimat tego miasta to przede wszystkim architektura. Wszystko wydaje się takie zimne, surowe, mroczne i jednocześnie przyjazne. Typowa wyspiarska architektura – na tym terenie akurat budynki buduje się z piaskowca, ponieważ jest to najpopularniejszy i najpowszechniejszy budulec. 

Sam Edynburg to miasto, które według mnie ma wszystko, co potrzebne, żeby czuć się tutaj dobrze: knajpy, spektakle, mnóstwo kultury, zamek, pałac, plażę, ale przede wszystkim – bardzo przyjaznych i spokojnych ludzi.

I na ten właśnie widok najbardziej czekałam – budki w deszczu.
Niesamowita ilość sklepów z pamiątkami na Royal Mile.

Momentami czuje się przesyt kiltami i szkocką kratą – jednak trzeba się nieco wgryźć w szkocką kulturę i historię, żeby zrozumieć jak wielce Szkoci są do tych symboli przywiązani.

 
Znienawidzone przeze mnie, a przede wszystkim mój żołądek, english breakfast.

Obiektywnie rzecz biorąc było pyszne – ale tylko na chwilę.

Tutaj polecam przede wszystkim najlepsze scones jakie jadłam oraz ciasto bananowe, niesamowite. Wszystko oczywiście pieczone na miejscu, można sobie również zabrać na drogę.

Środa, czyli pierwszy dzień zwiedzania. Wymyśliłam sobie, że najlepszym sposobem na zwiedzenie najważniejszych punktów w mieście będzie walking tour. Po długich poszukiwaniach, wybrałam Sandeman’s New Europe Edinburgh – http://www.newedinburghtours.com/. Bilet można zarezerwować online, nieco ułatwia to sprawę organizacyjnie kiedy jest się już na miejscu. Spotkaliśmy się na Royal Mile, oczywiście pod Starbucks’em (nigdy nie rozumiałam i nie zrozumiem fenomenu Starbucks’a, to podróbka kawy, wrrrr!).

Zostałam przydzielona do odpowiedniej grupy i het! na zwiedzanie!

Świetny, młody, energiczny, wygadany i wyedukowany przewodnik. To sztuka dobrze poprowadzić walking tour – tak, żeby ludzie faktycznie chcieli za Tobą pójść i byli ciekawi, co właśnie zwiedzają. Przepis na udany walking tour: przystojny przewodnik, ciekawe punkty (podstawowe legendarne: np. gdzie zmarł jakiś pisarz, gdzie kiedyś ktoś kogoś zabił, najstarszy pub w mieście) i trochę ciekawostek z zaskoczenia i jakaś historyjka angażująca publikę – np. inscenizacja. Dobry walking tour gotowy!

Polecam Sandeman’s.

Zamek w Edynburgu – chyba moje ulubione ujęcie. Po prawej widać już przygotowania do sierpniowego festiwalu.

Grassmarket, jeden z najsłynniejszych pubów. Niestety nie odwiedziłam – zadanie na raz następny.
Słynny pub, niedaleko pomnik Greyfriars Bobby. Tuż obok znajduje się niesamowity cmentarz.

Jeśli ktoś lubi wakacje z dreszczykiem, można sobie zamówić taki spacerek: http://www.blackhart.uk.com/
Sama bym się nie odważyła, ale ze znajomymi polecam taką podróż z dreszczykiem. Edynburg jest wieczorem bardzo mroczny i klimatyczny.

To już mniej mroczne oblicze Edynburga – Princess Gardens, nieopodal Princess Street.
Postanowiłam wybrać się do ogrodu botanicznego – pieszo. Po drodze przyjrzałam się typowej architekturze Edynburga, uwielbiam piwniczki i to, że ludzie sobie mieszkają na poziomie -1 ku zaoszczędzeniu miejsca. Znalazłam taką perełkę u jednego z mieszkańców miasta:
To już ogród botaniczny. Szybka przechadzka (nie jestem przyrodnikiem i jednak wolę zwiedzać muzea) i oto taka spotkana koleżanka. 
St. Giles Cathedral. Darmowe wejście, fotografować w środku można za dodatkową opłatą.

Nieco więcej o katedrze tutaj: http://www.stgilescathedral.org.uk/

Katedra w deszczu:
Calton Hill
Scott’s Monument – ku czci sir Walter’a Scott’a

Nie udało mi się zwiedzić w środku – zadanie na następny raz.

Widok z Princess Gardens.
Po południu wdrapałam się na Calton Hill. Oto i widoki na Edynburg.
Tak wygląda Arthur’s Seat (wygasły wulkan górujący nad Edynburgiem) ze wzgórza Calton Hill.
Typowa architektura przedmieść Edynburga:


(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

%d bloggers like this: